Autor: Pawel Wojciechowski 28 kwietnia 2017

Dobry poranek to klucz do udanego dnia. Pomaga nie wpaść w wir zadań, harmonogramów i spotkań. Pozwala też umknąć prokrastynacji i zacząć zdążać. Jak? Zapraszam do kilku osobistych refleksji na ten temat.

Nie zwlekaj

Zacznę podręcznikowo. Ale, że czasy nowoczesne to i zamiast cytować słownik PWN zacytuję Wikipedię:

„Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. Przez pojęcie prokrastynacji rozumieć należy dobrowolne zwlekanie z realizacją zamierzonych działań, pomimo posiadanej świadomości pogorszenia sytuacji wskutek opóźnienia. Mechanizm prokrastynacji polega na tym, że dzięki odłożeniu wykonania czynności na później początkowo następuje poprawa samopoczucia – pojawiają się radość oraz ulga, że nie trzeba działać natychmiast, a ponadto można zaangażować się w bardziej przyjemne, aktualne zadania. Odwlekaniu na później sprzyja złudzenie, że jutro będzie lepiej. Jednak uświadomienie sobie konieczności wykonania jakiegoś zadania powoduje stres, strach oraz nerwowość spowodowaną poczuciem, że zbyt mało czasu pozostało na dokładne i prawidłowe wykonanie planowanej czynność”

O co chodzi? Ano o to, że uwielbiamy odkładać na później. Znacie powiedzenia: „Jeżeli masz coś zrobić dzisiaj zrób to pojutrze. Będziesz miał dwa dni wolnego” albo „Zadanie raz odłożone, później już odkłada się samo”? Któż z nas nie lubi odłożyć ciężkiego tematu na piątek albo na przyszły tydzień? Kto będąc studentem nie odkładał nauki na dwa dni przed egzaminem? Dlaczego do egzaminów poprawkowych nauka zaczyna się we wrześniu a nie w lipcu? I na koniec – niech wszystkie czytelniczki mi wybaczą – czyż diety nie zaczyna się zawsze od następnego poniedziałku? 🙂

Czyż nie lepiej byłoby zająć się trudnym tematem od razu aby mieć go już z głowy? Aby już o nim nie myśleć i nie narażać się na zbędny stres? Pewnie i lepiej. Ale jak to zrobić?

Co masz na piątek, zrób cztery dni wcześniej

Osobiście zawsze prezentowałem podejście odmienne od opisanego powyżej; tzn. jak miałem coś do zrobienia na piątek to robiłem to w poniedziałek i miałem kilka dni wolnego :). Powodowało to (i nadal powoduje), że nie myśląc już o załatwionym temacie mogłem skoncentrować się na czymś innym. Zacząć realizować kolejne zadanie lub po prostu mieć czas na… ponudzenie się. Tak, tak, nudzenie się jest zdecydowanie niedoceniane w dzisiejszych czasach. Ludzie biegną odhaczając kolejne „taski” na swojej „check-liście” i nie mają czasu zastanowić się dokąd biegną. Co jest naprawdę ważne i co tak naprawdę powinni robić. Zapychają swoje kalendarze zadaniami i wtedy czują się efektywni. A wcale efektywni nie są. Są zarobieni. A to nie to samo. Dopiero mając chwilę, gdy nie mamy nic do zrobienia wpadamy na dobre pomysły. Nie przypadkiem rozwiązania większości moich problemów w 2016 roku wymyśliłem w trakcie biegania i to pod koniec treningu czyli wtedy gdy mój mózg już porządnie odpoczął (zmęczenie spłynęło z głowy w nogi 🙂 ).

Jak to zrobić?

Co zatem zrobić, aby się z tego błędnego koła wyrwać? Ja od zawsze stosuję jedną metodę. Jasno definiuję swoje cele na najbliższy rok ale też określam cele długoterminowe. Potem dzielę te cele na konkretne zadania. No i na koniec najważniejsze: zastanawiam się co każdego dnia rano (a jestem tzw. skowronkiem) mogę wykonać, aby być bliżej celu. Staram się – zanim jeszcze moja rodzina się obudzi – zrobić kilka, nawet drobnych kroków. Co to może być? Czasem jest to po prostu mail wysłany np. do agenta nieruchomości czy do biura podróży. Bo gdy potem jadę do pracy wiem, że ktoś pracuje nad zleconym zadaniem. Gdy wieczorem sprawdzę skrzynkę to mam tam już odpowiedź na moje zapytanie. Nie zmarnowałem całego dnia. Czas pracował dla mnie.

Czasem jest to coś bardziej czasochłonnego – pół strony napisanego tekstu, który pomału przekształca się w artykuł. Czasem jest to znalezienie dwóch czy trzech faktów, których potrzebuję do wykonywanej analizy. Nic spektakularnego. Ale jest jakaś magia w tych działaniach. Zaczynając dzień mam przeświadczenie, że ten dzień już mi się udał. Wychodząc z domu wiem, że prawdopodobnie zrobiłem więcej dla realizacji moich celów niż większość ludzi zrobi przez cały dzień. A to wszystko co zrobię w ciągu następnych ośmiu czy dziesięciu godzin to już będzie wisienka na torcie. Wiecie z jaką łatwością się te wisienki zdobywa? Bez stresu. Bez uczucia, że coś muszę. Przecież nie muszę. Już tyle mi się dzisiaj udało.

Nie trzeba być najlepszym. Trzeba być konsekwentnym. Codziennie jeden krok w stronę celu a po roku będziesz 365 kroków bliżej. To dla mnie jest właśnie kaizen w praktyce. Pomału ale konsekwentnie do przodu. Codziennie odrobinę lepiej. Prawdopodobnie większość Twoich celów składa się z 10, 30, no może czasami z 60 kroków. To naprawdę nie jest takie trudne.

Jeżeli zainteresował Cię temat zachęcam do lektury książki Hala Elroda autora „The miracle morning – the not-so-obvious secret guaranteed to transform your life before 8 AM” (od niedawna książka dostępna także w polskiej wersji językowej pod tytułem: „Fenomen poranka”). Książka obszerniej opisuje zagadnienie efektywności zaczynającej się już przed śniadaniem. Naprawdę polecam.

***

Paweł Wojciechowski – Pasjonat codziennego doskonalenia. Od prawie dwudziestu lat naprawia komputery. Prywatnie mąż i ojciec; miłośnik leniwego podróżowania. W wolnym czasie przyswaja włoskie słówka i chodzi z wykrywaczem po plaży 🙂 .

Paweł zadebiutował tym tekstem na naszym blogu. Mamy nadzieję, że to dopiero początek 🙂 .

Dodaj komentarz: